piątek, 19 czerwca 2015

Ukraina wciąż walczy!

"Я - солдат, солдат забытой богом страны"

A jak donoszą ostatnie wieści walczy na wielu frontach! Walczy z niegdyś bratnim narodem rosyjskim, z niegdyś tożsamym narodem donieckim, z brakiem propagandy, z nieuczestniczeniem obronie kraju, z ignorantami nierozumiejącymi roli banderowców w obronie kraju przed Sowietami, z kryzysem itp.
losowy zamek dzielnie broni się przed odnowieniem

Powiem więcej, walczy także z impotencją - najwidoczniej celem państwowych służb jest by wszystko stało. I tak, stoją żołnierze na rogach ulic gdzieniegdzie, takoż stoją policjanci, stoją remonty dróg, rekonstrukcje zabytków, budowy wodociągów, stoją samochody na granicy. Co ciekawe, auta dłużej stoją czekając na nową zmianę pograniczników, aby nie zostać nawet pobieżnie skontrolowanymi, niż wioząc w przeciwnym kierunku kilkadziesiąt kartonów wyrobów tytoniowych ukrytych w nadkolu, mimo, właśnie, dość gruntownego sprawdzenia.

Taka trochę polityczno-ekonomiczna viagra.

czwartek, 18 grudnia 2014

Wyrolowali mnie społecznie

W życiu pełni się wiele ról społecznych. Formalnych i nieformalnych. Ważnych i mniej ważnych. Niektórzy z nas pełnią ich naprawdę dużo. Dla tych, jako osoba odpowiedzialna za rozliczenia finansowe kilku jednostek w organizacji non-profit i mający do przekazania odpowiednią dokumentację, student ekonomii, oddający za godzinę wydrukowany nastostronicowy raport, niemota, która zniszczywszy swój komputer pożyczyła laptopa od znajomej z harcerstwa oraz pragnący się czasem posilić użytkownik barów szybkiej obsługi, mam dla Was radę.

Ubierz się elegancko, rozłóż sobie wszystkie ważne papiery i komputer na stoliku obok tacki z jedzeniem. Jedz, pracuj, przewróć kubek z napojem. Zalej siebie, teczkę, druki, laptopa i plecak. Ciesz się wywołanymi tym faktem niepowtarzalnymi emocjami oraz doznaniami wynikającymi z niskiej temperatury na zewnątrz. 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Echo przeszłości

Czy zastanawialiście się ostatnio, co pomyślelibyście "Wy z dzieciństwa" widząc "siebie dzisiaj"?

Otóż ja nigdy.

Dziękuję za uwagę.

piątek, 12 grudnia 2014

Zgubne skutki kartofilii i kartoignorancji

Mapy to piękna sprawa – ilu znamy ludzi, którzy, jeśli podetknie im się pod nos jakąkolwiek mapę, to mogą siedzieć nad nią i ślinić się, godzinami wodząc palcem po kolorowych liniach i plamach, od czasu do czasu pomrukując coś pod nosem? W ich głowach rodzi się wtedy więcej pomysłów na minutę niż reakcji zachodzi w jądrze gwiazdy. Po pięciu minutach mają plan podróży (wycieczki, trasy marszu, zwiedzania, czegokolwiek), z trzema wersjami alternatywnymi i jedną awaryjną. Doskonały materiał na współtowarzyszy w uprawianiu szeroko pojętej aktywności turystycznej, prawda? Nic bardziej mylnego. Zapytani o następny krok, przedkładają wszystkie wymyślone przed chwilą wersje i pytają „co Ty na to?”, podtykając dzieło jakiegoś kartogtafa. Jako, że dla nas nadal jest to tylko zbiór czegoś, o czym na bank słyszeliśmy kiedyś na geografii, mówimy – a jak Ty sądzisz?. Błąd. W odpowiedzi zostajemy zasypani litanią możliwości, opcji, walorów i zagrożeń każdego wyboru. Dla oszczędzenia sobie dalszych tortur psychicznych, robimy mądrą minę i, z ulgą rozpoznając sygnaturę drogi, powiecie „tędy”! Zabawa się zaczyna...

Każdą teorię, podług naukowego savoir vivre'u, wypada poprzeć przykładem. Odbywamy zatem do,dajmy na to, podróż po Ukrainie. Naszym towarzyszem (i w dużej mierze sprawcą) niedoli jest przytoczony powyżej kartofil. Jesteśmy w pięknych, tym bardziej, że odnowionych niedawno na swoje stulecie Czerniowcach (na pewno nie Czerniowicach?). Przez ostatnie dni spaliśmy gdzie się dało – w namiocie, bez namiotu, u losowych ludzi spotkanych w autobusie do Lwowa, u księdza. Dziś wielki dzień – śpimy u swojej znajomej ze studiów, która cudownym zbiegiem okoliczności, jest tutejsza i ma ogromne serce. Ale, nasz kolega już obleciał wzrokiem każdy zabytek, wlazł w połowę podwórek, które były otwarte i chciwie wysłuchał historii naszej znajomej o tym i owym i obecnie wodzi myślami po wirtualnej mapie w swojej głowie. Następny punkt na liście must be faktycznie zapowiada się imponująco. Jeden z najbardziej znanych portów, punktów wypoczynkowych i przy okazji jedno z najokazalszych miast w kraju – Mama Odessa. Wieczorem niechętnie wyczytujemy z podetkniętego nam obrazu Ukrainy, że najkrótsza droga do celu wiedzie przez najbiedniejszą republikę byłego ZSRR. W sumie ok. 500 km. O dziwo, ta alternatywa wygrała z chorym, dla nas, pomysłem nadkładania drogi przez Kamieniec Podolski. Póki co nic nie budzi jeszcze naszych podejrzeń...

Nocleg w Stolicy Mołdawii był, niezwykle ciekawy. O ile ciekawe mogą się wydawać komuś dzikie psy biegające dookoła naszego miejsca noclegowego, obcy ludzie kręcący się po okolicy, samochody przejeżdżające gdzieś po pobliskiej drodze. Miejsce noclegowe, to też bardzo ciekawe słowo – nasz towarzysz, okazał się strasznym Krak... sknerą i wylądowaliśmy ni mniej, ni więcej, tylko pod wiaduktem wylotówki w kierunku lotniska. Nie tylko pieniądze zwykł oszczędzać, czasu także najwyraźniej mu nie podarowano, gdyż aby skrócić ewentualną ewakuację przed niebezpieczeństwem, spaliśmy na rozłożonej na ziemi płachcie namiotowej. Obudziliśmy się i dopiero w dziennym świetle zaczęliśmy podziwiać przepiękne okazy lokalnej flory, w normalnych domowych warunkach wręcz nielegalne a tu niefrasobliwie wyrastające na wysokość człowieka.

To było rano. Następnie, po kilku nieudanych próbach stopowania (on to nazywa przygodą), wróciliśmy ostatecznie do centrum i wsiedliśmy do autobusu mającego nas przewieźć do miasta, gdzie po krótkim przystanku przewidziana jest przesiadka do celu. Banał. Banał? Otóż po drodze okazuje się, ze przekraczamy granicę pomiędzy Republiką Mołdawią a Mołdawską Republiką... Otóż teraz dopiero poznajemy historię kraju, który odwiedzamy. Jakieś dwadzieścia lat wcześniej kawałeczek państwa leżący na wschódod Dniestru, gdzie ulokowany był niemal cały mołdawski przemysł, ogłosił secesję i niepodległość, której nikt, oprócz takich potęg politycznych jak Abchazja i Osetia Południowa, nie uznaje. Nawet wspierająca Naddniestrzan w trudnych chwilach wojny domowej Rosja. Żeby nie komplikować sytuacji, w nowym państwie zachowano stare, sprawdzone praktyki związane ze sposobem rządzenia i gospodarką. No nic. Nic?

Na wspomnianej granicy, okazuje się, że jest problem. Na Wschodzie często zdarzają się problemy. Na szczęście, czy jak się potem okaże – nieszczęście, na pytanie, czy da radę się z nami porozumieć w języku carów, nasz towarzysz odpowiada, ze da. Dwóch funkcjonariuszy służby granicznej, których rozmiar czapek świadczy o wysokiej randze zabiera nas do swojego biura informuje nas o problemie. Na Wschodzie często mają rozwiązania problemów (wypracowane przez lata praktyki). Skoro, chcemy jechać do Tyraspola, to nawet chętnie nam na to pozwolą, z tym, że wbrew naszym dalszym planom, zostaniemy zatrzymani w areszcie, postawieni przed sądem. Dlaczego? Otóż, problem – nie mamy odpowiedniej pieczątki w paszporcie, świadczącej, iż opuściliśmy Mołdawię, Tamtą, niewłaściwą po tej stronie rzeki, Mołdawię. Kolejne kontrargumenty są bezwzględnie zbijane. W końcu, nasz kolega znajduje rozwiązanie optymalne. Na Wschodzie funkcjonuje słowiański pragmatyzm – cenią tam proste i skuteczne rozwiązania. Wobec tego, wyrażone niewinnym głosem z lekką nutką sugestii, pytanie, czy istnieje możliwość zapłacenia kary na miejscu, spotyka się z odpowiedzią twierdzącą. Przystępujemy do negocjacji, po przeliczaniu wszystkich zasobów pieniężnych (w trzech różnych walutach), okazuje się, że posiadamy łącznie prawie trzy razy mniej, niż wynosi sugerowana wysokość kary na osobę. Oficerowie rozpoczynają z nami klasyczną rozgrywkę w złego i dobrego glinę i ostatecznie zgadzają się na nasze warunki. Dostajemy kwitek zezwalający na pobyt i ruszamy dalej.

Oba największe miasta Nadniestrza są niezwykle urokliwe. Czas się tutaj zatrzymał, więc mieszkańcy muszą stawiać czołu temu paradoksowi egzystencjalnemu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego też snują się po ulicach, ze spuszczonymi głowami, milczą, unikają wzroku obcych. Wyglądamy na obcych – mamy plecaki i rozmawiamy między sobą na ulicy. Jesteśmy niedostosowani i bezczelnie nic sobie z tego nie robimy. Budzimy jednak zainteresowanie. Budzimy je czekając trzy godziny na kursujący co kwadrans trolejbus. Budzimy je w samym trolejbusie. Budzimy je, oprowadzani przez egzaltycznego eks-marynarza. Jego pomoc i zaangażowanie okazują się nieocenione. Jest to jeden z tych ludzi, którym nie można odmówić – nie można, bo i tak nie przyjmą tego do wiadomości. Grunt, że zaprowadza nas do jednego z dwóch banków, gdzie wypłacają nam niewykluczone, że całość zasobów finansowych w hrywnach, znajdujących się w obiegu. Następnie próbuje zaciągnąć nas na małe piwko i ze słowiańską subtelnością domaga się od nas drobnego datku w zamian za swą bezinteresowność. Godzinę wytrzymujemy w stanie stoickiego niezrozumienia sugestii, kiedy w końcu stary wilk morski odchodzi, obdarzając nas uprzednio kilkoma ciepłymi epitetami. Teraz marzymy tylko aby kupić bilety na autobus i rozkoszować się zachodem morza nad słońcem. Piękny plan, nic nie przeszkodzi nam w jego realizacji. Nawet to, że nie mogą nam sprzedać miejsc na podróż, bo autobus jeszcze nie przyjechał i nie wiedzą, czy są wolne. Ostatecznie, po dwóch godzinach oczekiwania i przepuszczeniu trzech autobusów, zasiadamy wygodnie w fotelach, wprawdzie nie tych, na które mamy bilety, ale kto by się przejmował. Humor mamy nie do zepsucia, w końcu nie musimy się odzywać do naszego towarzysza, bo rozsadzili nas po dwóch różnych końcach pojazdu. Spokój.

Noc spędzamy nad plażą, z widokiem na morze. Nieopodal rozbrzmiewają jednoznaczne dźwięki towarzyskiego spotkania młodzieży w plenerze. Ale to chyba też nie ważne.


Po latach czytamy sobie wspomnienia z szalonej wyprawy. To była przygoda. Aż by się wróciło do Mołdawii...

poniedziałek, 31 marca 2014

„Nic nie może kłócić się z sauną"

Chyba że hokej!

Znajdźmy się w oazie introwertyzmu. Jej mieszkańcy uchodzą na pierwszy rzut oka za co nieco neurotycznych. Po kilku następnych rzutach ciężko wyperswadować sobie inną wersję rzeczywistości, jednakże to nie okiem należy rzucać, by ujawnić tlący się w nich płomień emocji. Właściwie wulkan namiętności.
Czujecie tę energię?

Kluczowym faktorem jest tutaj krążek będący receptorem energii z grubsza tuzina zakrzywionych drewnianych kijów (wg niektórych źródeł będących jednym z ważniejszych elementów sprzętu hokejowego). Następnie w sposób wykraczający poza fizyczne ramy kilku zachowawczych praw, przekazuje on energię masom znajdującym się na trybunach. By uniknąć przegrzania, zamknięty na lodowisku układ poddawany jest schładzaniu na dwa sposoby. Zewnętrzne, poprzez utrzymanie niskiej temperatury, oraz wewnętrznie, przy zastosowaniu zimnych płynów. Ich skład wzbogaca się etanolem, który, jak wiemy, nie zamarza, stanowiąc system bezpieczeństwa chroniący z kolei przed nadmiernym wychłodzeniem. Nie dziwi, że poddawana antagonistycznym bodźcom widownia wprawiana jest w drgania, skutkujące m. in. powstawaniem fal dźwiękowych o zróżnicowanym natężeniu...

...A jak wygląda rozgrywka?

Reguły są proste i intuicyjne – krążek jest okrągły, a bramki są dwie, toteż głównym celem jest uniemożliwienie zdobycia punktu w najbardziej spektakularny sposób. Stosowany do tego jest szereg trików mających dodatkowo wartość naukową, takich jak sprawdzanie tarcia pomiędzy ludzkim ciałem a osłonami boiska, względnie jego powierzchnią, zabawa III zasadą dynamiki Newtona w warunkach ograniczonej przyczepności lub też tworzenie iluzji optycznych imitujących brak ingerencji w stan czyjegoś uzębienia.

Zazwyczaj wszystko komponuje się w jedną, zespoloną lodem, acz bynajmniej nie statyczną całość, urozmaicaną mrożącymi krew w żyłach sytuacjami podbramkowymi i śliskimi zagrywkami obu drużyn. Wy zaś, jeśli chcecie poczuć się jak hokeista – załóżcie łyżwy, weźcie to ręki przedmiot gabarytami sugerujący kij, idźcie na lodowisko, popchnijcie losowego łyżwiarza i  napawajcie się dawką nieudawanych sportowych emocji!

A jeśli dziwnym trafem jeziora w Waszym sąsiedztwie na przełomie marca i kwietnia nie są zamarznięte a lodowiska wyemigrowały narzekając na brak sprzyjających ich biznesowi warunków, spróbujcie na sucho z unihokejem, który w niektórych państwach zdołał wybić się ponad pozycję wuefowego przerywnika między piłką nożną i siatkówką.

poniedziałek, 17 marca 2014

Nalot na Rygę*

Samolot przyziemion. Podróżny wysiada i przeżywa pierwsze chwile zdezorientowania. Mroźnej łotewskiej zimy nie ma. Ale jest głód i niemieccy turyści nieumiejący korzystać biletomatu. Po chwili jednak bilet dla wszystkich zakupion.

Wow Okazuje się, iż ekskursja na miasto taka niepróżna. Napotkan przypadkowo przewodnik prowadzący free walking toury taki dobry. Dodatkowo, na targu znalezion zimniok. Dużo kilów zimnioka. Pamiątka taka idealna, żodyn takiej ni mo. Podróżnik ucieszon. Tak bardzo.
Latiwskie pamiątki

Czo ta godzina wylotu? Dla podróżnego trud i zwiedzania już skończone. Takie jest życie.

*Co ty paczysz? (Widać politbiuro skasowało oryginalne źródło...)

sobota, 22 lutego 2014

Lappi

Wstawał mleczny podbiegunowy dzień.

Mówią, że niewielkie rzeczy wyglądają słodziej. Ciągnące się po horyzont tundrowe lasy, przepełnione karłowatymi drzewkami zdawały się potwierdzać tę tezę...

Autobus parł niestrudzenie na północ. Uporczywie jechał wzdłuż niekończących się odnóg największego jeziora regionu Co jakiś czas pojawiały się znaki ostrzegające przed groźbą dzikiego, acz płochego parzystokopytnego na drodze lub bocznej drogi do innego nikąd .

Wszechobecna, otaczająca bielą przestrzeń sporadycznie zakłócana była obecnością samochodów i domów. Sosny, brzozy, ostańce i wzgórza...

Pozornie losowy moment, nieśpieszna zmiana preferencji na drogę nr 971, ostrożna redukcja prędkości, zdziwienie przeżuwających reniferów na poboczu...
Jakość nie odbiega od zdjęć innych legendarnych stworzeń